Pijany wójt za kółkiem, ale nasz wójt. Mieszkańcy: Bez przesady, ludzie robią gorsze rzeczy

13 godziny temu 7
ZIZOO.PL
Gmina Niedźwiada świętuje: wójta, który jechał po pijanemu, nie spotka kara i utrata stanowiska. – To sygnał dla nas wszystkich: nie bójcie się łamać prawa, przesuwajcie granice etyczne i moralne. Bo przecież zawsze można liczyć na przychylny skład sędziowski – komentuje dla naTemat.pl ten kuriozalny wyrok dr Wojciech Korchut, psycholog kliniczny i kierownik studiów podyplomowych psychologii transportu na Uniwersytecie SWPS. Tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia drogą powiatową z Zabiela do Tyśmienicy pędził samochód. Za kierownicą siedział nie byle kto, bo sam włodarz gminy Niedźwiada w województwie lubelskim. Problem w tym, że w tamtym stanie Marek Kubik w ogóle nie powinien siadać za kierownicą.  Pierwsze badanie alkomatem wykazało 1,11 promila, drugie – 1,18. W świecie "zwykłych śmiertelników" taki wynik zazwyczaj oznacza wyrok i wpis do Krajowego Rejestru Karnego, kilkuletnią utratę prawa jazdy oraz – w przypadku urzędników – poważne konsekwencje zawodowe, nierzadko prowadzące do utraty stanowiska. Ale nie w tym przypadku. Nasz wójt Marek Kubik rządzi gminą Niedźwiada w powiecie lubartowskim od ośmiu lat. Jest lubiany i poważany w lokalnej społeczności – "do tańca i do różańca". Pojawia się na dożynkach, wspiera protesty rolników, ściska dłonie jubilatów. Pamięta o lokalnych sportowcach i ludziach kultury, organizuje kino plenerowe. Spełnia oczekiwania mieszkańców. Jak piszą w mediach społecznościowych członkinie KGW Górka Lubartowska "Górczanki", to osoba, na którą zawsze mogą liczyć: "Nasz wójt zakupił do naszej kuchni nowy, profesjonalny sprzęt gastronomiczny. Pozwoli on na integrację społeczności lokalnej oraz rozwijanie naszych pasji kulinarnych. Będziemy gotować jeszcze więcej pierogów, bo z tego słyniemy najbardziej…" – piszą z wdzięcznością. Dlatego też, kiedy wychodzi na jaw, że ich włodarz jechał za szybko i po pijaku, mieszkańcy stają za nim murem. Przekonują, że owszem, popełnił błąd, ale jak każdy zasługuje na drugą szansę. Piszą list poparcia. Murem za wójtem stają ci, którzy na co dzień reprezentują moralność, porządek i prawo. W jego obronie wystąpili m.in. druhowie OSP, sołtysi, księża, a nawet dyrektorzy szkół, którzy na apelach uczą dzieci odpowiedzialności. Udało się. Sąd Rejonowy w Radzyniu Podlaskim wydał wyrok, który dla wielu spoza lokalnej społeczności jest trudny do zrozumienia: warunkowe umorzenie postępowania na dwa lata próby. W praktyce oznacza to, że Marek Kubik pozostaje osobą niekaraną. A to z kolei pozwala mu nadal pełnić funkcję wójta i zarządzać gminą. Cena za jazdę "na podwójnym gazie" to 20 tysięcy złotych wpłaty na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej i roczny zakaz prowadzenia pojazdów. W porównaniu z tym, co grozi innym za nawet mniejsze przewinienia, kara wydaje się śmieszna. "Jechałem na kacu do pracy, wyszło 0,23 promila, zabrane prawko, grzywna i prace społeczne" – wpis pewnego internauty boleśnie ukazuje, że są równi i "równiejsi". Jeszcze niedawno nagłówki grzmiały: wójt może trafić za kratki. Przewidywano, że pożegna się ze stanowiskiem. Przypomnijmy: zgodnie z Kodeksem karnym (art. 178a §1) prowadzenie pojazdu przy stężeniu powyżej 0,5 promila to przestępstwo zagrożone karą do 3 lat więzienia. Granice są jasne: – wykroczenie: od 0,2 do 0,5 promila, – przestępstwo: powyżej 0,5 promila. Wójt miał 1,18 promila. Popełnił przestępstwo. Wydawało się, że kara jest tylko formalnością. Ale jak widać, tak się nie stało. Wójt może odetchnąć z ulgą. Mieszkańcy również. Wszyscy będą dalej żyć, jak gdyby nic się nie stało. W internetowych komentarzach nie kryją zachwytu. Zresztą, już wcześniej, po pierwszych doniesieniach pisali, że to żadna zbrodnia. "Wypił człowiek, każdemu może się zdarzyć". Chcę porozmawiać z osobami, które stanęły murem za wójtem. Nie odpisują członkinie koła gospodyń, milczą też strażacy OSP. Bronić pijanego wójta za kierownicą chcą wszyscy, ale powiedzieć dlaczego – już nikt. Ksiądz z lokalnej parafii również odmawia komentarza. Przyznaje tylko, że nie jestem jedyną dziennikarką, która dzwoni w tej sprawie. Wszystkim odpowiada tak samo. Muszę to uszanować. Na szczęście zwykli mieszkańcy gminy chcą się podzielić swoją refleksją. – Nie ma co się oburzać, przecież nasz wójt nikogo nie zabił – mówi mi jedna z mieszkanek, prosząc o anonimowość. – Ludzie gorsze rzeczy robią. Nie powinien pić, i owszem, ale to tylko człowiek, jak każdy. Popełnił błąd. W podobnym tonie wypowiada się inny mieszkaniec gminy: – Nie pochwalam jazdy po pijaku – zastrzega na wstępie. – Ale nasz wójt to prawy człowiek. Dużo dla nas zrobił. Stracić go, to byłaby straszna szkoda. Łagodny wyrok cieszy opinię publiczną. Chcę porozmawiać z samym wójtem. Zapytać, jak przyjął wyrok. Czy uważa go za sprawiedliwy wobec innych kierowców, którzy za mniejsze stężenie alkoholu tracą prawo jazdy i pracę? Czy pojawiła się refleksja: co by było, gdyby tamtej nocy na drodze pojawił się pieszy albo inne auto? W urzędzie gminy słyszę, że do końca tygodnia przebywa na urlopie. "Wspaniały człowiek, tylko zabił niechcący" Sędzia Dorota Domańska w uzasadnieniu wyroku nie szczędziła wójtowi ciepłych słów. Uznała, że Marek Kubik to włodarz cieszący się wyjątkowym zaufaniem i silnym poparciem społecznym. Wśród dowodów znalazł się m.in. list poparcia sporządzony przez strażaków podczas walnego zebrania OSP.  Sędzia przyjrzała się nawet budżetowi gminy Niedźwiada, wskazując, że imponujące inwestycje i zaangażowanie w rozwój lokalnej społeczności przemawiają na korzyść oskarżonego. W jej ocenie mogło to uzasadniać łagodniejsze spojrzenie na fakt prowadzenia samochodu z ponad promilem alkoholu we krwi. Czy jednak prawo w tej sytuacji nie oceniło raczej zasług wójta niż jego czynu? Czy sukcesy w lokalnej społeczności powinny być okolicznością łagodzącą w ruchu drogowym? O to pytam dr. Wojciecha Korchuta, psychologa klinicznego i kierownika studiów podyplomowych psychologii transportu na Uniwersytecie SWPS. – Mamy tutaj do czynienia z prawnym chaosem – odpowiada. – Idąc tym tropem, można by próbować wybronić nawet mordercę: "Wspaniały człowiek, tylko zabił niechcący. Zdarzyło mu się to pierwszy raz, a przecież uczynił tyle dobra dla lokalnej społeczności, więc należy go uniewinnić". Ekspert nie ma wątpliwości, że takie rozumowanie podważa fundament równości wobec prawa.  – Przez takie podejście społeczeństwo przestaje rozumieć, czy my w ogóle karzemy pijanych kierowców, czy może przyznajemy im specjalne ulgi. Co to za prawo i jak to się ma do zasady, że jest ono równe dla wszystkich? – pyta retorycznie, dodając, że z punktu widzenia nauki i elementarnej poprawności społecznej właściwie nie ma tu pola do dyskusji. Jego zdaniem w tej sprawie zwyciężyły lokalne partykularyzmy. – Jak sygnał dla społeczeństwa wysyła ten wyrok? – dopytuję. Ekspert wskazuje, że mamy do czynienia z niebezpiecznym przyzwoleniem społecznym. W jego ocenie może ono być odczytane jako zachęta do przesuwania granic prawa. Dodaje, że sąd można próbować "wzruszyć" odpowiednio skonstruowaną narracją. W takich historiach często pojawia się motyw przypadku i braku intencji. – Można powiedzieć o bardzo chorym dziecku, żonie w szpitalu, o konieczności posiadania auta… Można wyciągnąć legendarnego szwagra, który "nigdy nie przychodził, a tym razem wpadł i się napiliśmy". To nie był zamiar, to był czysty przypadek – wylicza przykłady. I podkreśla, że takim chaosem argumentacyjnym można próbować usprawiedliwić niemal każde złamanie prawa. Szczególnie niepokojący – zdaniem dr. Korchuta – jest wpływ takich przekazów na młodych ludzi. Oni dopiero uczą się, czym jest demokracja i równość wobec prawa. Tymczasem otrzymują sygnał, że konsekwencje można ominąć, a zasady nie obowiązują wszystkich w równym stopniu. Dalsza część tekstu poniżej Takie myślenie, jak podkreśla mój rozmówca, jest charakterystyczne dla osób kierujących się wyłącznie własnym interesem, bez uwzględniania dobra wspólnego. Ekspert zwraca też uwagę na skutki spożycia alkoholu. Wyjaśnia, że poziom powyżej jednego promila znacząco zaburza krytycyzm i zdolność oceny sytuacji, a także niemal całkowicie znosi umiejętność przewidywania konsekwencji. – Alkohol powoduje, że przestajemy myśleć w sposób logiczny i krytyczny – mówi.  Tłumaczy, że osoby wychodzące na spotkanie często zakładają, że nie będą pić albo wrócą taksówką, jednak pod wpływem alkoholu zmieniają decyzję, bo uznają, że "nie są aż tak pijane" i poradzą sobie za kierownicą. To typowy przykład ograniczenia czy nawet zniesienia myślenia krytycznego. Proces ten ma charakter stopniowy – początkowe przekonanie o wypiciu jednego drinka szybko ustępuje kolejnym decyzjom. – Mówię: tylko jednego. Piję jednego i myślę, że szybko go spalę. Ale ten jeden obniża krytycyzm do tego stopnia, że uznaję, iż jeszcze jednego mogę wypić – opisuje mechanizm. W efekcie stężenie alkoholu rośnie, a kontrola nad własnymi decyzjami maleje. Dodaje, że alkohol zaburza funkcje poznawcze: pogarsza ocenę odległości, widzenie przestrzenne, koordynację wzrokowo-ruchową, a także wydłuża czas reakcji. Reakcje stają się chaotyczne i przypadkowe. Czy ta jazda mogła skończyć się tragicznie? Ekspert nie ma wątpliwości. – Tak, to mogło skończyć się tragicznie, ale ludzie tego nie wiedzą – albo nie chcą wiedzieć – zauważa. W jego ocenie w lokalnej społeczności często przeważa przekonanie, że "nic się nie stało",  a wójt to "swój chłop", co dodatkowo osłabia poczucie odpowiedzialności. Podkreśla też, że nagłaśnianie takich spraw może utrwalać niebezpieczny wzorzec. – Skoro jednemu się to udaje, to znaczy, że inni też mogą próbować – zauważa. – A to sprawia, że trudno później oczekiwać od młodych ludzi powściągliwości i respektowania zasad. W przestrzeń publiczną trafia bowiem prosty komunikat: "nie ma się co martwić – jakoś to będzie". Oczywiście możemy się też umówić, że nie interesuje nas odpowiedzialność i równość społeczna a wyroki sądowe mają charakter uznaniowy. Ale to już inna kwestia – podsumowuje.
Przeczytaj źródło