Urodził się 22 maja 1927 roku w Warszawie i – jak sam przyznawał – właściwie nigdy z niej nie wyszedł emocjonalnie. To właśnie miasto, jego język, rytm i pamięć stały się dla niego punktem odniesienia. Kobyliński nie tylko tworzył – on opowiadał. A robił to tak, że chciało się słuchać bez końca.
Szymon Kobyliński – warszawski chłopak, który „udawał starszego”
Szymon Kobyliński dorastał w świecie, w którym język miał znaczenie niemal rytualne. Wychowany w inteligenckim domu, chłonął nie tylko sztukę, ale też sposób mówienia i myślenia o Polsce. Już jako młody chłopak wyróżniał się erudycją i pewną teatralnością, która z czasem stała się jego znakiem rozpoznawczym.
Jak wspominał po latach w audycji Bogumiły Prządki z cyklu „Zapiski ze współczesności” (PR, 2001):
„Udawałem zawsze starszego. Nabrał się na to między innymi Tuwim (…)”.
To nie była tylko anegdota – to był styl bycia. Kobyliński od początku „wchodził w epoki”, chłonął historię tak intensywnie, że – jak sam sugerował – przestawała mieć dla niego tajemnice. Potrafił rozmawiać o wydarzeniach, których nie mógł pamiętać, jakby naprawdę w nich uczestniczył.
Dzieciństwo zapisane zapachem i językiem
Jego wspomnienia z przedwojennej Warszawy mają niemal filmowy charakter. Nie opowiadał o niej w datach ani wydarzeniach – opowiadał ją przez zmysły. Zapachy sklepów, dźwięki ulic, język ludzi – wszystko to budowało jego wewnętrzny obraz miasta.
W tej samej audycji mówił:
„Zapachów pamiętam niesłychanym mnóstwo (…) byłem jak wyżeł, wracałem ze szkoły i wąchałem”.
To właśnie ta niezwykła pamięć zmysłowa sprawiła, że jego późniejsze opowieści były tak sugestywne. Słuchacz nie miał poczucia, że słucha historii – raczej, że zostaje do niej zaproszony.
Wojna – historia, która nie chciała się skończyć
Wybuch II wojny światowej brutalnie przerwał jego młodość. Okupację spędził pod Warszawą, a pod koniec wojny wstąpił do Armii Krajowej. Służył w 10 pułku piechoty „Bażant”, działającym w okolicach Żyrardowa.
Najbardziej bolesnym doświadczeniem była jednak niespełniona próba dotarcia do walczącej Warszawy podczas Powstania.
Jak mówił po latach:
„To zadra potworna w moim życiorysie”.
To zdanie, krótkie i bezpośrednie, mówi wszystko o ciężarze tamtej chwili. O poczuciu niespełnienia, które zostało z nim na zawsze.
Matura z karabinem na plecach
Jego biografia to gotowy scenariusz filmowy. Tajne komplety, konspiracja, a potem egzamin zdawany w cieniu powojennej rzeczywistości.
W lutym 1945 roku zdał małą maturę – jak sam wspominał, z karabinem na plecach.
„Z tym karabinem na plecach (…) odbył się egzamin”.
To zdanie nie potrzebuje komentarza. Pokazuje, jak bardzo jego pokolenie zostało zmuszone do przyspieszonego dorastania.
Szymon Kobyliński – studia, które nie były najważniejsze
Po wojnie rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Żadnego z tych kierunków nie ukończył, ale w jego przypadku dyplom nigdy nie był wyznacznikiem wartości.
Znacznie ważniejsze okazały się spotkania z ludźmi i doświadczenia, które ukształtowały jego sposób myślenia o sztuce i świecie. Jednym z najważniejszych był kontakt z Bronisławem Wojciechem Linkem.
Lekcja godności od mistrza – kim był Bronisław Wojciech Linke i czego nauczył Kobylińskiego
Bronisław Wojciech Linke był malarzem i artystą o silnej, niezależnej osobowości, który tworzył w trudnych realiach powojennej Polski. Dla Kobylińskiego stał się kimś więcej niż autorytetem artystycznym – był przewodnikiem po świecie, w którym łatwo było stracić orientację.
Kobyliński wspominał:
„On mnie pouczał, jak należy dać sobie radę, zachowując godność i znając granice”.
To była lekcja życia, nie tylko sztuki. Linke uczył go, jak funkcjonować w rzeczywistości PRL-u, nie tracąc przy tym własnych wartości. Jak być obecnym, ale nie podporządkowanym.
W innym fragmencie tej samej audycji mówił:
„Pokazywał mi, jak w tym strasznym (…) świecie nadal być człowiekiem”.
W tych słowach zawiera się coś więcej niż wspomnienie mistrza. To zapis doświadczenia pokolenia, które musiało nauczyć się kompromisu, ale nie chciało zgodzić się na utratę tożsamości.
Ilustracje Szymona Kobylińskiego – więcej niż rysunki
Dorobek ilustratorski Kobylińskiego to około 300 książek. Ilustrował najważniejsze dzieła polskiej literatury – „Pana Tadeusza”, „Trylogię” – ale też książki historyczne, popularnonaukowe, podręczniki, a nawet publikacje z zakresu genetyki czy informatyki.
To pokazuje skalę jego wyobraźni i elastyczność twórczą. Nie zamykał się w jednym stylu ani jednej tematyce. Każdy projekt traktował indywidualnie, dopasowując język rysunku do treści.
Ale najważniejsze było jego podejście.
W audycji mówił:
„Ilustrowanie książek to pomoc ludziom, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, jak wygląda świat często abstrakcyjny, ale ciekawy”.
To zdanie odsłania jego filozofię pracy. Ilustrator nie był dla niego dekoratorem – był tłumaczem rzeczywistości. Kimś, kto pomaga zobaczyć to, co ukryte w słowach.
Dlatego jego rysunki miały funkcję poznawczą. Ułatwiały zrozumienie epoki, kontekstu, sensu opowieści. W przypadku takich dzieł jak „Pan Tadeusz” czy „Trylogia” współtworzył wizualną pamięć tych tekstów dla całych pokoleń czytelników.
Jego ilustracje trafiały do książek szkolnych, publikacji naukowych, antologii humoru i tekstów satyrycznych. Były obecne wszędzie – czasem niezauważalnie, ale zawsze znacząco.
Gawędziarz, którego chciało się słuchać
Kobyliński był nie tylko artystą, ale też niezwykłym opowiadaczem. W Polskim Radiu prowadził audycje „Pogwarki u Szymona” oraz „Wieczory u Kobylińskich”, w których dzielił się swoją wiedzą i refleksją.
Miał dar, który dziś wydaje się rzadki – potrafił mówić o historii tak, jakby opowiadał o znajomych. Bez dystansu, bez nadęcia, za to z humorem i swobodą.
Prywatnie – człowiek bliskości, nie wielkich podróży
Był mężem Danuty Will i ojcem Macieja. W jego wypowiedziach często pojawiał się wątek rodziny – spokojny, ciepły, pozbawiony patosu.
Mówił też o swojej niechęci do podróżowania i przywiązaniu do tego, co znane. Lubił swoje miejsca, swoją przestrzeń, swoją codzienność.
W audycjach ujawniał się jako człowiek, który potrafił być zarówno błyskotliwym erudytą, jak i uważnym, czułym dziadkiem.
Szymon Kobyliński – dorobek, który trudno zamknąć w liczbach
Około 200 wystaw, setki ilustracji, działalność prasowa, radiowa i telewizyjna, książki autorskie. Do tego nagrody i odznaczenia, w tym Order Uśmiechu, który miał dla niego szczególne znaczenie.
Był także jednym z prekursorów polskiego komiksu – już w 1957 roku zilustrował „Stary zegar”, pokazując, że potrafi odnaleźć się także w nowoczesnych formach przekazu.
24. rocznica śmierci Szymona Kobylińskiego – dlaczego wciąż o nim pamiętamy
Szymon Kobyliński zmarł 15 kwietnia 2002 roku w Warszawie. Dziś mija 24. rocznica jego śmierci.
Jego dorobek nie zniknął razem z nim. Wciąż jest obecny – w książkach, ilustracjach, wspomnieniach, nagraniach radiowych.
Bo w jego pracy chodziło o coś więcej niż sztukę. O próbę zrozumienia świata i opowiedzenia go innym.
Jak sam powiedział:
„Ilustrowanie książek to pomoc ludziom, którzy chcą się czegoś dowiedzieć”. I może właśnie dlatego jego głos – choć dziś już tylko z archiwum – nadal brzmi tak przekonująco.
Źródła: polskieradio24.pl, pl.wikipedia.org

6 godziny temu
5







English (US) ·
Polish (PL) ·